Co kraj, to obyczaj. Typowo amerykańskie marki takie jak Abercrombie & Fitch, Hollister, Gap, American Eagle Outfitters, czy odrobinę bardziej elitarny Tommy Hilfiger, kojarzą się ze stylem klasy średniej z przedmieść wielkich metropolii. W Polsce charakterystyczny sznyt Made in USA sprzedaje się świetnie. Jest bowiem uważany za przejaw luksusu i wyrafinowania. Od kiedy polskie centra handlowe opanowały butiki Gapa, czy Tommy'ego, wszędzie widujemy zamożnych ludzi, dumnie dzierżących siatki z logo marek i ubranych w odprasowane polówki, chinosy, swetry w serek i pikowane kurtki. Takie zestawy w Stanach nosi się do gry w golfa, czy na sobotnie barbecue u sąsiadów. W Polsce ten nieformalny dress code mylony jest z wysublimowaną elegancją.

Nie ma w tym nic dziwnego. W oderwaniu od stylu życia Amerykanów, ubrania Gapa czy Tommy'ego są pozbawione kulturowych kontekstów. Nie kojarzą się już z weekendem, tylko z codziennym strojem do pracy czy na spotkanie. Dlatego mężczyźni do biura zamiast koszul w paski noszą ulubione kraciaste, klubowe i koledżowe marynarki zastępują te od garnituru, a u dziewczyn dżinsy i bluza stają się codziennym mundurkiem. 

Czy taka błędna interpretacja amerykańskiego stylu to modowe faux pas? Niekoniecznie. Biorąc pod uwagę stosunkowo wysokie ceny amerykańskich marek, nie możemy się dziwić, że polski klient utożsamia je z luksusem. A w końcu sprawdzony, dobry styl, nawet odrobinę źle zaaplikowany, jest lepszy niż białe kozaczki, szeleszczące dresy i koszulki bez rękawków Made in Poland.